Artykuł: problemy w Twoim związku zamień w harmonię i porozumienie!

Jak zamienić kłótnie na bliskość i porozumienie?

Pokażę to na trzech modelowych sytuacjach kłótni w związku: 

  1. Żona robi mężowi awanturę, bo obiecał, że pomoże jej w zakupach, tymczasem zadzwonili do niego zadzwonili kumple z informacją, że wygrali bilety na mecz i jeśli chce z nimi iść, musi do nich natychmiast dołączyć. Mąż wybiera spotkanie z przyjaciółmi.
  2. Tomek robi Kasi awanturę, bo nie posprzątała w domu. On przecież tak ciężko pracuje, naprawia samochód i robi tysiące innych rzeczy, a ona nie może nawet posprzątać!
  3. Partner namawia partnerkę na seks, kobieta nie ma tym razem ochoty, więc mówi mu to otwarcie. Partner robi jej wyrzut, że już trzeci raz z rzędu odmawia seksu. Przecież on tak się starał - umył naczynia, przyjechał po nią, nawet kupił jej kwiaty!

Dlaczego w związkach dochodzi do irytacji, a w jej następstwie do kłótni?

problemy w związku, kłótnie w związku, problemy w małżeństwie, kłótnie w małżeństwie

Problem polega na tym, że przerzucamy odpowiedzialność za spełnianie naszych potrzeb
na inne osoby i mamy żal za każdym razem, gdy czegoś nie zrobią. Jeśli natomiast bierzemy odpowiedzialność na siebie, mamy świadomość, że nikt inny nie ma obowiązku spełniać naszych potrzeb, a zatem możemy prosić o ich zaspokojenie, ale nie możemy mieć pretensji, że ktoś ma aktualnie inną potrzebę i nam nie pomoże.

Co działo się z odpowiedzialnością w powyższych przykładach?

1) Kłótnia w małżeństwie

Żona ma potrzebę zrobienia zakupów. Mąż miał potrzebę pomocy żonie, ale pojawiła się nowa potrzeba - pójścia na mecz. Żona przerzuciła odpowiedzialność za spełnienie swojej potrzeby (czyli zrobienie zakupów) na męża (pomyślała, że on powinien zrobić z nią te zakupy) i zrobiła mu awanturę, ponieważ nie wywiązał się z narzuconej odpowiedzialności. 

Jak uniknąć kłótni i problemów w tym wypadku? 
Żona myśli - "on ma potrzebę pójścia na mecz, ja mam potrzebę zrobienia zakupów.Czy chcę koniecznie spełnić swoją potrzebę? Nie, jednak sama nie chcę iść po zakupy, aż tak bardzo mi na nich nie zależy"  albo "no dobra, wolę iść sama po zakupy, bo skończył się mój ulubiony jogurt, najwyżej nie kupię ciężkich rzeczy". Mąż wraca zadowolony i żona jest zadowolona, bo postąpiła w zgodzie ze sobą.

2) Awantura w związku

Facet ma ewidentnie potrzebę porządku w domu, kobieta widocznie jej nie ma. Nie wiadomo dlaczego, mężczynza uczynił partnerkę osobą odpowiedzialną za sprzątanie, więc zrobił jej awanturę za to, że się nie wywiązała z tego zadania.

Jak uniknąć kłótni i problemów w tym wypadku? 
Facet przychodzi i widzi bałagan. Wie, że to on ma potrzebę porządku, więc sprząta. Irytuje go to, że robi tysiąc innych rzeczy dla domu - widocznie wydaje mu się, że inni potrzebują, żeby je robił. Tak naprawdę albo sam potrzebuje je robić (więc niech je robi dla siebie) albo nie potrzebuje ich robić (więc niech ich nie robi).

3) Problem z jednostronną chęcią na seks

Mężczyzna ma potrzebę seksu, kobieta od jakiegoś czasu nie ma tej potrzeby. Facet przerzucił odpowiedzialność na partnerkę uważając, że wykonanie przez niego kilku rzeczy (odebranie jej, naczynia, kwiaty) zobowiązuje ją do uprawiania z nim seksu. W zasadzie zanim jeszcze je wykonał uważał, że ona powinna mieć ochotę na seks wtedy, gdy on tego potrzebuje.

Jak uniknąć kłótni i problemów w tym wypadku? 
Mężczyzna zaczął dobrze, dał jej delikatnie do zrozumienia, do zego zmierza. Gdy słyszy: "Kochanie, nie mam dzisiaj ochoty" dopada go frustracja, zmęcznie, zwątpienie, złość... Tu dochodzi nam kolejny poziom wzięcie odpowiedzialności - "stany emocjonalne". Tych poziomów jest o wiele więcej - przeczytaj artykuł o poziomach funkcjonowania psychologicznego człowieka - za kazdy z opisanych tam poziomów możemy wziąć odpowiedzialność, bądź przerzucić ją. Wracając do przykładu - mężczyzna biorąc odpowiedzialność za emocje rozumie, że to nie kobieta je wywołała, tylko jego postrzeganie sytuacji, jego potrzeby. Rozumie, że to on "wygenerował" takie emocje, inny facet na jego miejscu, mógłby wygenerować inne emocje. Mężczyzna mówi swojej partnerce o swoich uczuciach, bo wie, że tylko rozmowa może cokolwiek zmienić w tej sytuacji jednostronnej potrzeby seksu. Mężczyzna może w tym momencie zastosować technikę konstruktywnej krytyki Z FUKO-PZK. Może powiedzieć:
"Kochanie, bardzo mi zależy na tym, żeby nasz związek rozwijał się, żebyśmy byli "blisko", więc chcę Ci powiedzieć o czymś ważnym dla mnie. W czwartek, piątek, niedzielę i dzisiaj powiedziałaś, że nie masz ochoty na seks. Za każdym razem zrobiło mi się przykro, poczułem się odrzucony. Czuję również bezsilność i frustrację, bo robiłem rzeczy, które wydawało mi się, że zbliżą nas, ale nie dało to żadnego efektu - przyjechałem po Ciebie dzisiaj, umyłem naczynia, w piątek sprzątnąłem mieszkanie, w czwartek zabrałem Cię do kina. Te emocje cały czas we mnie siedzą i z każdą Twoją odmową czuję, że są silniejsze. Zauważyłem, że w efekcie tych emocji oddalam się od Ciebie, moje myśli zaprzątają trudne chwile w naszym związku, mam coraz mniejszą ochotę się starać. Szukam sposobów rozładowania emocji poza domem, częsciej wychodzę. Kobiety przechodzące obok mnie przyciągają moją uwagę, czuję, że odzywają się we mnie pierwotne instynkty - podświadomie szukam obiektu zaspokojenia popędu seksualnego. A chciałbym się z Tobą kochać, być znowu blisko, cieszyć się, wygłupiać... Potrzebuję seksu, by czuć się blisko Ciebie, by cieszyć się z Tobą i Tobą. Nie mam już pomysłu, co mogę zrobić, żeby wpłynąć na Twoją ochotę na seks. Proponuję, żebyśmy porozmawiali - powiedz mi - co sprawiłoby, że będziesz miała ochotę na seks? Czego Ty potrzebujesz, by poczuć się w naszej relacji komfortowo? (tym bardziej, że potrzeba seksu przeważnie wynika z psychicznej bliskości - przyp. autora)."
W tym momencie, po wyrażeniu swoich potrzeb przez partnerkę, nastąpi prawdopodobnie proces negocjacji i szukanie kompromisu, czyli sposobu na działanie, który będzie w jak największym stopniu komfortowy dla obydwu stron. Próbując znaleźć porozumienie partnerzy będą stawiać granice, a niektóre z nich przesuwać. Mężczyzna może na przykład zgodzić się na 15 minutową grę wstępną, chociaż ma potrzebę szybszego zbliżenia, a żona może czasami zgodzić się na szybki seks, chociaż nie ma kompletnie takiej potrzeby. Każdy trochę przesuwa swoją granicę, dzięki czemu zyskuje to, na czym mu zależy bardziej. Życie przecież to sztuka wyborów.

Paradoks przerzucania odpowiedzialności na innych

Z tym przerzucaniem odpowiedzialności to trochę tak, jakby ochroniarz miał pretensje do przechodnia,
że ten nie chce za niego popilnować budynku, bo stróż chciałby w tym czasie pójść do toalety. Zrozumienie własnej odpowiedzialności skutkuje tym, że ochroniarz ma świadomość, że może poprosić przypadkowego człowieka o pomoc oraz że nie może mieć do niego pretensji, gdy ten akurat nie będzie chciał tego zrobić, bo ma inne plany.

Korzyści z brania odpowiedzialności za swoje potrzeby

Dzięki samoświadomości partnerów i wzięciu przez nich odpowiedzialności za własne potrzeby, przechodzą z płaszczyzny:

- oczekiwanie -> żal -> pretensje
na płaszczyznę:
- prośba -> zgoda na odmowę -> samodzielne wyjście na przeciw własnej potrzebie

Zyskują obydwie strony!
Kiedy już weźmiesz odpowiedzialność za swoje potrzeby w związku, okazuje się, że pojawia się w Tobie mnóstwo radości i wdzięczności do partnera za to, że możesz przy nim realizować się lub swoje potrzeby. 

Pójdę o krok dalej. Kiedy obydwoje w związku bierzemy odpowiedzialność za własne potrzeby:

  • przestajemy oczekiwać wielu rzeczy od drugiej strony i pojawia się miejsce na to, co każde z nas chce dać, bo taką ma po prostu taką potrzebę
  • dając to, co chcemy dać, stajemy się w coraz większym stopniu taką osobą, jaką chcemy być
  • doświadczamy wolności w związku - każdy robi to, czego potrzebuje, a nie to, co musi
  • miłość staje się dawaniem i radością z tego, że druga osoba bierze z uśmiechem to, co dajemy

Podsumowując, potrzebujesz pamiętać o dwóch sprawach:

  • uświadom sobie, czego potrzebujesz i mów o tym drugiej osobie.
    Dajesz wtedy jej i sobie szansę na to, że zrealizuje Twoją potrzebę
  • słuchaj też uważnie, gdy Twój partner mówi Ci o swoich potrzebach
    - każdy z nas ma potrzeby, które nie mogą zostać zaspokojone bez udziału drugiej połowy i myślę, że one w dużym stopniu decydują o tym z kim wchodzimy w związek i z kim kończymy związek z powodu kłótni i problemów.

Polecam wspólną analizę Waszych potrzeb w związku i dotychczasowej odpowiedzialności za nie
zanim zaczniecie sobie w kłótniach pokazywać, co jest czyją potrzebą. Taka rozmowa może być bardzo zabawna dla Was, a na pewno będzie ciekawym doświadczeniem. I najważniejsze - tylko taka rozmowa będzie przygotowaniem i zgodą każdego z Was na usłyszenie riposty podczas wymiany zdań: "to przecież Twoja potrzeba kochanie..."

Autor: Mateusz Dąbrowski - psycholog biznesu, coach, trener, prezes 4GROW.


Ciekawy Artykuł?

- podziel się z przyjaciółmi i rodziną:

Komentarze / Pytania:

Zobacz profil Użytkownika
Anna (Gość)
W pierwszym przypadku żona robi awanturę, bo mąż jej OBIECAŁ, to ma znaczenie. Nie jest to sytuacja, w której obydwoje zastanawiają się, co zrobić. On wybiera mecz...
Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747
Aniu, w jaki sposób wiążesz obietnicę męża z odpowiedzialnością żony za jej potrzebę?
Zobacz profil Użytkownika
Anna (Gość)
Skupiłam się na "obiecał", bo ta obietnica oznacza dla mnie, że ktoś zobowiązał się do czegoś. W związku dla mnie istotne jest, czy moge na kimś polegać. W tym przypadku "zakupy" mogę uznać, że nie jest to istotna dla mnie sprawa, ale to akurat mój punkt widzenia.;) Natomiast podobny schemat, jak rozumiem, może się pojawić w sytuacjach bardzo ważnych szczególnie dla jednej ze stron. I świadomość, że w każdej chwili może się pojawić jakaś "okazja" i chociaż umówię się z kimś bliskim np. mężem i on się zgodzi (obieca), to w każdej chwili sytuacja może się zmienić i on ma do tego prawo, bo mnie zależy, w zwiażku z tym to moja odpowiedzialność. I np. umawiamy się na zakupy, dla mnie jest to bardzo ważne, bo szukam stroju na wyjście, na którym mi bardzo zależy, a nie lubię sama kupować, bo wolę, żeby ktoś mnie obejrzał ze wszystkich stron, a mój mąż ma dobre oko. Ustalamy termin kilka dni wcześniej, maż jest zajęty, więc termin jest tuż przed dla mnie super ważnym wyjściem. Ale właśnie wtedy kolega wygrywa bilety na jutro i mąż mówi, niestety. Szukam pomocy u jakiejś koleżanki, ale niestety jutro wszystkie są zajęte.... I takie sytuacje co jakiś czas się powtarzają, bo przecież okazje trafiają się w życiu... Następnym razem w ostatniej chwili się dowiem, że mąż nie może odebrać dzieci z przedszkola, bo zdarzyła się okazja, czy coś wypadło, odwoła kino ze mną, bo właśnie może wyjechać za darmo na zagraniczny mecz itp. Ale to moja odpowiedzialność, więc powinnam radzić sobie sama? Co z zaufaniem i stawianiem jasnych granic od początku?
Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747

Celna uwaga - 1)odpowiedzialność za własne potrzeby vs. 2)potrzeba liczenia na czyjąś konsekwencję.

Z mojego punktu widzenia wygląda to tak:

Ad.1) odpowiedzialność za własną potrzebę jest niezbywalna. Tzn. bez względu na to, co kto mi obieca, to jest moja potrzeba, więc biorę w swoje ręce zaspokojenie jej, bo dlaczego skoro ja generuję potrzebę, ktoś miałby odpowiadać za nią? To oznacza, że nie oczekuję od innych jej zaspokojenia, natomiast oczywiście mogę prosić o to, by ktoś tę potrzebę zaspokoił.

Różnica jest bardzo istotna: oczekiwać vs. prosić - konsekwencje tych dwóch postaw są takie: spełnione oczekiwanie nie przynosi żadnych emocji, niespełnione oczekiwanie rodzi zawód, kłótnie i problemy w związku, spełniona prośba rodzi wdzięczność, niespełniona prośba nie przynosi żadnych emocji (jeśli ktoś oczywiście pod prośbą nie ukrywa oczekiwania).

Zatem z praktycznego punktu widzenia branie odpowiedzialności przynosi przyjemne emocje, przerzucanie - nieprzyjemne.

Oczywiście możemy się zastanawiać, jaka jest czyjaś odpowiedzialność w danej sytuacji. Tylko jakie to ma znaczenie dla naszej odpowiedzialności? Żadne - to już jest czyjaś sprawa.

Da się czasami słyszeć takie zdanie: "odpowiedzialność zbiorowa prowadzi do rozmycia odpowiedzialności" i to prawda moim zdaniem. Nie ma współodpowiedzialności. Każdy ma swoją odpowiedzialność, a w związku z tym swoją kontrolę nad własnym życiem. Jeśli nie dostrzega tej odpowiedzialności, nie ma możliwości by świadomie kierował swoim życiem. Przykładem takiej sytuacji są ludzie, którzy narzekają na to, jakie to życie (Bóg, los, itp.) jest podłe i jak bardzo ich skrzywdziło.

Ad.2) A jeśli chodzi o potrzebę liczenia na czyjąś konsekwencję, to świetnie Cię rozumiem, bo ja też mam taką potrzebę. I co możemy zrobić z tą potrzebą? Jak wygląda wzięcie za nią odpowiedzialności?

- Po pierwsze przyznanie, że to nasza potrzeba. Co oznacza, że inni mogą mieć zupełnie inne potrzeby, np. potrzebę zmienności, również w zakresie własnych deklaracji i obietnic.

- Nie wartościowanie potrzeb. Tzn. potrzeba konsekwencji nie jest lepsza od potrzeby zmienności, potrzeba porządku w pokoju nie jest lepsza od potrzeby "artystycznego nieładu" albo braku potrzeby w tym względzie.

- Wtedy dochodzimy do prawdziwej akceptacji. Każdy jest na swój sposób doskonały i robi w życiu to, co go wyraża jako niepowtarzalną jednostkę.

- Kiedy już mamy świadomość swojej odpowiedzialności, wzięcie odpowiedzialności za jej realizację, może jedynie sprowadzać się do powiedzenia o tej potrzebie drugiej osobie, rozmawiania o potrzebach, również partnera.

- I bardzo zdrowa kwestia, którą poruszyłaś - stawianie granic - czyli tolerancja. Jeśli mamy świadomość, w jakim stopniu potrzebujemy od drugiej osoby zrealizowania naszej potrzeby, żeby być w stanie z nią być w określonej relacji (np. w związku, w małżeństwie), to zakomunikowanie tej granicy również będzie należało do "wzięcia odpowiedzialności". Jeśli zaś nie wiemy jeszcze, gdzie jest nasza granica frustracji tej potrzeby (czyli nietolerowalnej granicy niezaspokojenia jej), wtedy wzięciem odpowiedzialności będzie zakomunikowanie tego faktu. Czyli mówię mojej żonie: "Kochanie, nie wiem ile jestem w stanie znieść takich sytuacji, gdy zmieniasz zdanie i nie wiem, w jakich sytuacjach jestem w stanie znieść Twoją zmianę decyzji, natomiast zauważam, że niepokoi mnie to i źle się czuję w takich sytuacjach. Podejrzewam, że jest taki moment, w którym nie będzie dla mnie to do zniesienia, to znaczy będę sfrustrowany ponad stan, jaki chciałbym, żeby był w naszym związku. Jest też pewnie taki punkt nasilenia zmienności Twoich decyzji, przy którym nie będę w stanie przewidzieć mojej przyszłości z Tobą, a wtedy stracę poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do Ciebie. Moja propozycja jest zatem taka: kiedy będziesz chciała zmienić swoją decyzję, zanim to zrobisz, zadzwoń do mnie i porozmawiajmy o tym, jak ważne jest dla każdego z nas, to co chcielibyśmy zrobić/ żeby druga strona zrobiła i zdecydujemy wtedy jakie rozwiązanie będzie najszczęśliwsze. Co Ty na to?"

Spójrz jaki jest efekt wzięcia odpowiedzialności - daję mojej żonie po prostu "instrukcję obsługi mnie", tym samym dając jej szansę na satysfakcjonujące życie ze mną. Gdybym przerzucił na nią odpowiedzialność, zrobiłbym jej kłótnię za to, że się nie wywiązała z obietnicy. Ona wtedy weszłaby w postawę obronną, by chronić swoje poczucie wartości i byłaby jeszcze większa awantura i problem. Parę takich awantur w związku i zaczynamy inaczej patrzeć na drugą połówkę. Miłość powoli gaśnie. W przypadku brania odpowiedzialności, też oczywiście może dojść do rozstania, ale to są te rozstania, gdy mówimy komuś: "kocham Cię, ale nie jestem w stanie z Tobą być".

Byłem kiedyś zaręczony, przez 5 lat w związku i rozstałem się z narzeczoną właśnie takimi słowami. Tylko niestety wtedy jeszcze nie byłem świadom roli potrzeb i odpowiedzialności za nie, więc na jej pytanie: "Dlaczego?" nic nie potrafiłem odpowiedzieć sensownego. Nie potrafiłem też mówić jej o swoich potrzebach, przerzucałem na nią odpowiedzialność, więc poza pięknymi chwilami sporo miałem frustracji, kłótni i problemów. Przypuszczam, że gdybyśmy potrafili rozmawiać o swoich potrzebach i nie przerzucali odpowiedzialności, nasz związek trwałby 3 miesiące a nie 5 lat. Teraz wiem, że miałem takie potrzeby, do których zaspokojenia potrzebowałem działania od niej, w innym wypadku nie chciałem być w tym związku. To była ta granica, o której piszesz.

Zobacz profil Użytkownika
Anna (Gość)
Dziękuję. Potrzebuję trochę czasu, żeby przetrawić "odpowiedzialność", bo po przeczytaniu Twojego artykułu nie spodobała mi się moja "odpowiedzialność" za wszystko, a druga osoba nic nie musi robić dla mnie. Faktycznie nie musi, tylko wtedy nasz związek dla mnie może nie mieć sensu. Rozumiem, że "odpowiedzialność" w tym wypadku, to również jasna informacja dot. moich oczekiwaniach. Ktoś nie musi ich spełniać, tak samo jak ja nie muszę z nim być, ale jasno moge poinformować, co to dla mnie znaczy. Taka postawa wymaga dużej samoświadomości własnych potrzeb. I z tym się zgadzam, bo to ułatwia życie. To wygląda super, ale zastanawiam się na ile tak można podejść do życia, to podejście bardziej z dystansem, a u mnie emocje często biorą górę. Ale może faktycznie wynikają z tego, że uważam, że mi się coś należy, np. szacunek, troska wyrażana przez bliską mi osobę. Nie umiem się pogodzić z jakimiś lekceważącymi zachowaniami, np. kompletnym brakiem zainteresowania (np. jak się czujesz, gdy jestem chora)i wybucham...
Zobacz profil Użytkownika
Anna (Gość)
I załóżmy, że taka sytuacja, kiedy bliska osoba nawet nie zainteresuje się, co mi jest, kiedy zwijam się z bólu, ma miejsce w wieloletnim związku. Oczywiście, to moja potrzeba, żeby ktoś się mną zainteresował. Chciałabym, żeby poszukał i podał mi tabletkę przeciwbólową, ale nie mam siły nawet o tym powiedzieć, bo zwijam się z bólu. Mówię po jakimś czasie, kiedy jestem w stanie. Ale cała sytuacja mnie bardzo boli - mam na myśli nie fizycznie. Oczywiście mogę analizować jak do tego doszło, bo był to proces, którego już nie zmienię, mogę wyciągnąć wnioski. Jednak trudno mi pomyśleć, "no tak, moja potrzeba troski i bezpieczeństwa jest wyłącznie moją potrzebą". I mam pretensje...
Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747

:) Jak przeczytałem co napisałaś o pytaniu się "Jak się czujesz" gdy jestem chora, natychmiast zadzwoniłem do żony, żeby się spytać, czy się podszywa pod Anię...:) Przerabialiśmy to samo. Cóż, mężczyźni inaczej podchodzą do komunikacji niż kobiety. Dla faceta komunikat służy do wymiany suchych, "obiektywnych" informacji, danych niezbędnych do podjęcia decyzji. Dla kobiety komunikat służy głównie do budowania relacji. W psychologii komunikacji mówi się, że mężczyźni mają "ucho zawartości", kobiety "ucho relacyjne". Każdy wysyłany przez nas komunikat ma 5 poziomów. Jednym z nich jest zawartość a drugim relacja. Gdy facet pyta się "Jak się czujesz" oznacza, że nie wie jak się czujesz i chce się tego konkretnie dowiedzieć. Moje rozumowanie, zanim z żoną o tym porozmawialiśmy, było takie - przecież widzę, że jest chora i kiepsko się czuję, to po co mam o to pytać? Gdy kobieta pyta "jak się czujesz?" jej komunikat na poziomie relacji oznacza "zależy mi na tobie, troszczę się o ciebie" i przewidywana odpowiedź rozmówcy nie decyduje o słuszności zadania tego pytania. Łączy to wszystko jedna zasada psychologiczna: dajemy odruchowo to, co sami chcielibyśmy dostać. Czyli kobiety wolą dostawać komunikaty, które będą mogły odbierać relacyjnie, faceci - treściowo. Stąd zapewne masz potrzebę być pytana jak się czujesz, a Twój partner nie ma takiej potrzeby, bo zna odpowiedź. I stąd te wszystkie żarty, że jak facet mówi "tak", to ma na myśli "tak", a kobieta jak mówi "tak, to myśli "nie"...

  • "nie spodobała mi się moja "odpowiedzialność" za wszystko" - ten kij ma dwa końce - jak odpowiadasz za swoje potrzeby, to nie odpowiadasz za czyjeś potrzeby. Równie często zdarza się, że przejmujemy odpowiedzialność partnera za... np. emocje: jak moja żona chodzi smutna, bo nie spełniłem jej prośby, zdarza mi się mieć poczucie winy, że to przeze mnie jest smutna. Czyli czuję się twórcą jej stanu emocjonalnego, a zatem czuję się odpowiedzialny za jej emocje.
  • "a druga osoba nic nie musi robić dla mnie" - wolisz, żeby musiała, czy żeby chciała?
  • "Faktycznie nie musi, tylko wtedy nasz związek dla mnie może nie mieć sensu. Rozumiem, że "odpowiedzialność" w tym wypadku, to również jasna informacja dot. moich oczekiwaniach. Ktoś nie musi ich spełniać, tak samo jak ja nie muszę z nim być, ale jasno moge poinformować, co to dla mnie znaczy. " Też tak myślę.
  • "to podejście bardziej z dystansem, a u mnie emocje często biorą górę" - w pewnym sensie można nazwać to dystansem - jest to metapoziom, czyli spojrzenie na siebie niejako z góry, czyli z dystansu. W czym nie przeszkadza, a wręcz ułatwia, ujawnianie emocji. Za wysokie pobudzenie emocjonalne nie sprzyja refleksji, tym samym wejściu na metapoziom. Problem raczej polega na tym jak wyrażamy emocje - czy konstruktywnie czy destruktywnie. Mój przykład rozmowy z żoną z poprzedniego komentarza był stworzony w chwili pisania komentarza a nie był cytatem z moich rozmów z żoną, więc nie pojawiają się w nim emocje i rzeczywiście może wyglądać na zdystansowany i racjonalny. W realnej sytuacji emocje się pojawiają prędzej czy później;)
  • "Ale może faktycznie [emocje biorące górę] wynikają z tego, że uważam, że mi się coś należy, np. szacunek, troska wyrażana przez bliską mi osobę. " Niewątpliwie tak - zajrzyj do tego artykułu, pokazuję w nim, jak przekonania i wyższe poziomy modelu 4GROW wpływają na niższe poziomy, m.in. emocje. 

Zabawne, dopiero teraz, myśląc o Twoich słowach, połączyłem pewne wypowiedzi autorytetów z różnych kultur. Paramhansa Yogananda (Indie) mówiący o wybyciu się oczekiwań, jako drodze do szczęścia, Don Juan Matus (Meksyk) mówiący o wyzbyciu się poczucia ważności siebie i historii osobistej  jako podstawowego elementu drogi wojownika. Pewnie i u Jezusa znalazłoby się coś podobnego w stylu pokora, niech jedna ręka nie widzi co daje druga ręka. Te wypowiedzi były dla mnie dosyć abstrakcyjne, Teraz widzę, że wszystkie sprowadzają się do jednego - odpowiedzialności za siebie. Jeśli czujesz się ważna - czujesz, że Ci się należy. Jeśli masz historię osobistą, masz bagaż przekonań (np że należy Ci się szacunek). A wtedy oczekujesz, zawodzisz się naturalnie i przeżywasz życie z niezadowoleniem. To od Don Juana. Od Jezusa - jeśli coś komuś podarowujesz, czujesz się ważna albo oczekujesz czegoś w zamian i znowu pojawiają się oczekiwania i ich skutki. Czyli cały trik polega na przejściu z oczekiwań na własną odpowiedzialność za własne potrzeby, czyli własne ich zaspakajanie. Czyli wyzbycie się oczekiwań nie równa się wcale wyzbyciu się potrzeb. 

Ja dziękuję za inspirację dla mojego rozwoju.

Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747

 "no tak, moja potrzeba troski i bezpieczeństwa jest wyłącznie moją potrzebą"

Potrzebą może być rzeczywiście tylko Twoją. Ja na przykład nadal nie mam potrzeby być pytany ani pytać mojej żony, jak się czuje. Ale chcę to robić i robię to, ponieważ mam potrzebę, żeby się dobrze przy mnie czuła, zależy mi na jej dobrym samopoczuciu. Moja potrzeba jest komplementarna z jej potrzebą, choć są to inne potrzeby. Ale są też takie jej potrzeby, których nie chcę, albo nie zawsze chcę spełniać, bo sam źle bym się z tym czuł. Wtedy albo ona potrafi sama je zaspokoić, albo rozmawiamy o granicach. To są trudne rozmowy:) Ale za to bardzo zbliżające.

Zobacz profil Użytkownika
Anna (Gość)
Dziękuję za odpowiedzi. Ten początek "z Twoją żoną" mnie rozbawił.;) Rozumiem, że facet nie pyta jak się czuję, kiedy zwijam się z bólu, bo "wie", co ze mną jest i np. może mieć teorię, że chcę na siebie zwrócić jego uwagę i dlatego nie reaguje.;)Albo widzi, że mnie boli, ale nie wie jak mi pomóc, więc też nie reaguje, o nic nie pyta i w niczym nie pomaga, ja mam mu powiedzieć, tylko nie mogę, bo mnie za bardzo boli? Akurat wyrosłam w relacji z Tatą, który zawsze sie o mnie troszczył i reagował, kiedy coś się złego działo i niewątpliwie te oczekiwania przenoszę na partnera. Dla mnie jest to objaw troski. W przeciwnym wypadku czuję, że mogłabym umrzeć niezauważona, tylko jęcząc. A może nawet gdybym powiedziała, że umieram to nieuwierzyłby.;) Tak czuję. I z rozmów z moim partnerem wiem (to nie domysły), że mój partner uważa, że kiedy płaczę, to znaczy, że chcę coś wymusić i chyba w związku z tym bez przerwy "wie", co się ze mna dzieje i nie reaguje. Nie pyta mnie co robię, co czuję, ostatnio udało mi się dowiedzieć, że nie robi tego, bo "wie" bez pytania. Jego wiedza na mój temat, którą poznałam, daleka jest od prawdy. Ale nie będzie mnie pytał, bo wie... A ja nie wiem, co z tym fantem zrobić... Ale przynajmniej jego zachowanie byłby zgodne z tym, co napisałeś, nie pyta, bo wie. Przeczytałam Twój artykuł o skutecznej zmianie. Mam niestety problem ze zrozumieniem modelu Diltsa (w związku z tym analogicznie z 4GROW;)), Zgubiłam się w przykładzie A, gdzie zrozumiałam, że poziom zachowań wpłynął na poziom stanów (poczucie ulgi). W przykładzie C. Paweł nie mógł wejść w rolę kierownika, czyli zmienić swojego zachowania, ze względu na swoje przekonania na poziomie tożsamości. Przykład A zrozumiałam, że to właśnie zmiana na poziomie zachowań ma wpływ na poziom stanów, czyli wyższy poziom (8) ma wpływ na niższy (7). A przykład C odwrotnie, że dopiero uświadominie sobie sytuacji, a więc zmiana na poziomie przekonań daje szansę Pawłowi na zmianę tożsamości i co za tym idzie zachowań. Co oznacza, że zmiana na poziomie zachowań (8) nie jest możliwa bez zmiany na poziomie przekonań (5). I się pogubiłam, bo już nie wiem w którą stronę zmiana jest skuteczniejsza. Jeżeli możesz mi to przybliżyć, to będę wdzięczna. I zastanawiam się nad implikacją: "czujesz się ważna - czujesz, że Ci się należy". Z kolei w swoim samorozwoju dochodzę właśnie do poczucia, że jestem ważna i niepowtarzalna. Wiem też jak duży wpływ ma własne poczucie wartości (z którym poczucie ważności jest dla mnie skorelowane) na to jak inni nas traktują. Mam na myśli nie szanujemy siebie i nasze zachowanie implikuje podobne zachowania u innych. Może jest to kwestia semantyki, może ja inaczej rozumiem ważność niż Ty i pewnie coś w tym jest.
Zobacz profil Użytkownika
wiosna (Gość)
Co do nieskazitelnie idealnego związku to są takie? Na pewno nie w moim świecie Artykuł przeczytałam, bardzo ciekawy, aczkolwiek mam rozterki podobne do Ani Też reaguję emocjonalnie i strasznie! dużo wymagam (bo dużo z siebie daję - a na pewno tak uważam ja, tak, to właśnie to błędne koło). Po Twoim artykule stwierdzam, że mój mąż musi mieć ogromne pokłady cierpliwości, chyba zacznę analizę moich potrzeb i całego tematu. Może zacznę coś wprowadzać w praktykę? Bo ja ze sobą i swoimi potrzebami już dawno bym nie wytrzymała! Chyba pora nad sobą popracować Ale czy Ty masz dzieci?, chyba trochę łatwiej pisać o potrzebach jak się nie ma takich ludków, których potrzeby trzeba i chcemy zaspokajać. Nie tak łatwo się pracuje nad związkiem gdy są maluchy. To może będzie temat na jakiś artykuł dla par, które przy rodzicielstwie, które w całej swej cudowności może być też gwoździem do trumny, dla wcześniej fajnych związków. Podpowiedź: jak podzielić obowiązki, jak je egzekwować, czy powinno się to robić i jak podzielić się odpowiedzialnością. Rozumiem sens Twoich słów w artykule i zamysł tego co robić, żeby żyło nam się przyjemniej, ale u mnie w związku aktualnie jest walka Tzn. kocham mojego męża, kocham moje dzieci, ale nigdy nie chciałam być kurą domową (staram się nią nie być), ale jest coś takiego w społeczeństwie - również w myśleniu mojego męża, (choć bardzo odstaje od innych "typowych" mężów), zakodowane, że to kobieta ma większą odpowiedzialność za ognisko domowe. Czy przy dzieciach to nadal praca każdego z nas nad sobą samym, czy już jakaś tzw. zbiorowa odpowiedzialność? Przy braku czasu nie zawsze jest łatwo nad sobą zapanować i nie zawsze jest czas na rozmowę. Z tego co widzę wokół mnie większość kobiet jednak wchodzi w tę rolę tzw. matki, kury domowej, niby jest nowocześnie, ale za zamkniętymi drzwiami staje do żelazka, do garów itp., często dla świętego spokoju, dla zaspokojenia swojej potrzeby np. porządku w domu. Ale kiedy jest rodzina to czy tych potrzeb nie powinno się jednak spełniać w jakimś równym stopniu, bo przecież są dzieci, które może nie mają świadomości tych potrzeb, ale dla ich dobra te potrzeby trzeba zaspokoić (np. posprzątać, żeby nie żyło w brudzie, co np. może prowadzić do alergii itp.) Jak podzielić taką odpowiedzialność. Każde z nas ma ambicje i swoje zainteresowania, ale dlaczego jedna osoba ma brać więcej odpowiedzialności po porodzie? Świadomy wybór z potrzeby posiadania dzieci, a co dalej? Wchodzimy w stereotyp myślenia o rodzinie i już. Trochę się rozpisałam, ale jak widzisz dobry artykuł nie pozostaje bez refleksji...
Zobacz profil Użytkownika
Anna (Gość)
Z niecierpliwością zaglądam na stronę i czekam na odpowiedzi na mój post i wiosny. Serdecznie pozdrawiam, Ania
Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747

:) Aniu, z wielką chęcią, pamiętam o Was, natomiast mam teraz nawał pracy, więc ograniczam się do czynności koniecznych. Po 31 paźdź na pewno znajdę czas. A propos zaglądania - korzystasz z powiadamiania o nowych komentarzach? To wygodne, polecam;) Nie wspominając o całej serii udogodnień dla zalogowanych - tutaj więcej o tym.

Zobacz profil Użytkownika
Offline
Dołączył: 2010-04-19
Plusy: 176

Wszystko pięknie, tylko uważam, że to sytuacja idealna i często nieosiągalna - taki biegun przeciwny do "obciążąnia innych za realizację moich potrzeb". Natomiast ja mam wrażenie, że przedstawiony model zachowania jest nieosiągalny w sytuacjach, w ktorych potrzeba jednej osoby jest nierozerwalnie związana z działaniem drugiej osoby. W przypadku posiadania dzieci, takie sytuacje mam codziennie. Ale też w związku, z pominięciem dzieci - chociażby potrzeba sexu (z drugą osobą oczywiście a nie na własną ręke:). Przykład: mam potrzebę, żeby partner/ partnerka kochał/ kochała się ze mną dziś wieczorem. Nawet jak wezmę odpowidzialność za moją potrzebę i zrobię wszystko żeby ją zrealizować, bez drugiej osoby mi się to nie uda. A co jak partner/ partnerka nie będzie dziś wieczorem miał/a ochoty na seks? Moja potrzeba nie zostanie zrealizowana ale w ramach brania odpowiedzialności za własne potrzeby oczywiście nie mogę niczego oczekiwać i nie mogę mieć pretensji... Zgodnie z artykułem, mogę sobie powiedzieć: "cóż, moja potrzeba, to sama sobie ją zrealizuję":-) Podobnie jest z dziećmi - mnóstwo potrzeb związanych nierozłącznie zz działąniami drugiej osoby. A w artykule oba przykłady dotyczyły sytuacji / potrzeb, które z łatwością można zrealizować samodzielnie. Dlatego "odpowiedzialność za własne potrzeby" traktuję jako model, do realizacji którego moę dążyć ale nie "zarzynam" się żeby naginać zycie do modelu bo to rodziłoby u mnie większą frusytację niż niezaspokojona potrzeba z powodu przerzucenia części odpowiedzialności za jej realizację na drugą osobę. Mam poczucie, że ja z moim mężem (zwłaszcza odkąd pojawiły się dzieci) mijamy się w wielu naszych potrzebach - on potrzebuje robić coś ze mną na co ja nie mam ochoty a ja potrzebuję robić coś z nim na co on nie ma ochoty. I tu jak na razie pomaga mi podejście takie, że komunikujemy sobie nasze potrzeby i eksperymentujemy nasze granice i siłę naszej miłości. Niestety nie zawsze mam potrzebę, żeby robić to, czego potrzebuje z moim udziałem mój mąż, tylko dlatego że go kocham i chcę żeby się dobrze czuł...

Idealnie byłoby wyzbyć się potrzeb związanych z udziałem innych ludzi. Ale myślę, że wtedy związki i rodziny straciłyby swój "smaczek" dzielenia się właśnie odpowiedzialnością i balansowania w obszarze potrzeb moich - Twoich (zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci - np. ani ja ani mój mąż nie mamy potrzeby wstawania w nocy do płaczących dzieci ale za to oboje mamy potrzebę spania:). Dlatego przedstawiony model dla mnie jest super w odniesieniu do "obcych" ludzi albo tematów takich jak sprzątanie. A w rodzinie raczej staram się znaleźć złoty środek pomiędzy biegunem "przerzucanie odpowiedzialności na innych za realizację moich potrzeb" a biegunem "branie całkowitej odpowiedzialności za realizację swoich potrzeb". Zwłaszcza, że galaktyka potrzeb w mojej rodzinie jest bardzo złożona i niektóre są po prostu sprzeczne ze sobą. I wtedy złotym środkiem jest właśnie rozmowa o granicach, odpowiedzialności, możliwych kompromisach, ustępstwach. A wszystko dlatego, że nadal chcemy być rodziną. Stosując model z artykułu, musiałabym się rozstać z moim mężem. A tego nie chcę - kocham jego i moje dzieci. Naszą wspólną, nadrzędną potrzebą jest utrzymanie i budowanie naszej rodziny, która jest dla nas najważniejsza. Ważniejsza od uczucia frustracji czy pretensji, które czasem się między nami pojawiają. :)

Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747

Aniu,

Rozumiem, że facet nie pyta jak się czuję, kiedy zwijam się z bólu, bo "wie", co ze mną jest i np. może mieć teorię, że chcę na siebie zwrócić jego uwagę i dlatego nie reaguje.;)Albo widzi, że mnie boli, ale nie wie jak mi pomóc, więc też nie reaguje, o nic nie pyta i w niczym nie pomaga,

Ty piszesz o przekonaniach przykładowego faceta, jego obawach i wiedzy. Ja natomiast pisałem o różnicach między kobietą a mężczyzną w budowaniu i odbieraniu komunikatów. I jak rozumiem, zamiast domyślać się o co mu chodzi, pogadałaś z nim o tym, i dobrze!

Pytasz co zrobić z tym, że Twój facet jest uwarunkowany w taki sposób, że jak ktoś płacze, to on przybiera postawę obronną. Myślę, że możesz przyjąć dwie strategie:

  • podstawa to mówić o swoich potrzebach, stawiać granice i egzekwować je, napiszę w najbliższej przyszłości o technice ZFUKO-PZR. Wpływanie na zmianę kogoś innego jest bardzo trudne i nie zawsze kończy się sukcesem, więc zadbaj przede wszystkim o siebie, a jak będziesz miała nadwyżki energii, będziesz miała co dawać innym.
  • jak Ci starczy energii pokaż mu na sobie, że są takie strony www, książki, tacy specjaliści, coachowie, psychologowie, psychoterapeuci czy trenerzy, że można się z ich wsparciem czegoś nauczyć, polepszyć jakość swojego życia - pokaż mu na konkretach: tego nie umiałam, teraz umiem, kiedyś czułam się tak, a teraz tak. Może w którymś momencie jak zobaczy z tego korzyści u Ciebie, będzie chciał ich u siebie i sam zacznie szukać wsparcia. W innym wypadku Ty będziesz się rozwijać, a on będzie stał w miejscu, albo wolniej się rozwijał i za jakiś czas różnica pomiędzy Waszym poziomem rozwoju będzie tak duża, że się pożegnacie, jak nie fizycznie, to psychicznie.

Piszesz też dużo o swoich oczekiwaniach. Czy na razie jest Ci wygodniej mieć oczekiwania niż potrzeby? Zobacz, że oczekiwania to jest miecz obosieczny. Jak to się ma w drugą stronę? Ty wolisz dawać, gdy wiesz, że odbiorca potraktuje to jak prezent i podziękuje Ci, czy gdy odbiorca potraktuje to, jako należną mu spłatę długu i nie wścieknie się na Ciebie?

Ale przynajmniej jego zachowanie byłby zgodne z tym, co napisałeś, nie pyta, bo wie.

No mam nadzieję, że nie uogólniasz mojego banalnego przykładu na skomplikowane życiowe sytuacje - w przypadku gdy leżysz chora z gorączką, to naprawdę widać, że się człek marnie czuje. Więc nie usprawiedliwiałbym różnicami damsko-męskimi Twojego faceta z tym nie pytaniem się. Mi to bardziej wygląda na jego indywidualną strategię zachowywania się.

Co do modelu Diltsa i 4GROW - dzięki, rzeczywiście przetestowałem na innych i już wiem co było mylące, przy okazji zmieniłem też metaforę modelu na myślę znacznie bardziej przemawiającą i jasną, także spróbuj teraz przeczytać. Ale podsumowując: zmiana na głębszym poziomie, np. duchowości, wywoła zmiany na wszystkich płytszych poziomach. Natomiast zmiana na powierzchownym, płytkim poziomie być może wywoła zmianę na kilku przylegających, głębszych poziomach. Na przykład grzeszny Augustyn, który wiódł hulaszcze życie, używał alkoholu i kobiet. Doznał jednego objawienia i zmieniły się jego wartości, misja, przekonania itp, jednym słowem stał się zupełnie inną osobą, znaną jako św. Augustyn. A teraz przykład przeciwny: namówiłaś Twojego faceta, żeby raz, tylko raz spytał się Ciebie, jak będziesz chora: "Jak się czujesz?". Jak sądzisz, czy z tego, że zmienił swoje zachowanie raz, zmienią się jego przekonania, wartości, tożsamość, misja, itp? Na pewno nie! Może poczuje na poziomie stanów takie miłe uczucie, jak zobaczy uśmiech na Twojej twarzy i może pomyśli sobie "A może warto pytać?". Ale przed nim jeszcze trochę potknięć, błędów i zaniechań, zanim nauczy się poprzez pytania czy komunikaty dbać o Ciebie.

A co do "czujesz się ważna", to kwestia semantyki - ja bym rozdzielił poczucie ważności od poczucia bycia wartościowym. To drugie oznacza dla mnie, że darzysz siebie miłością czy też po prostu dobrze się ze sobą czujesz, cenisz siebie taką, jaką się stworzyłaś. Natomiast poczucie ważności oznacza dla mnie przekonanie, że inni powinni coś dla Ciebie robić - w jakiś określony przez Ciebie sposób wobec Ciebie się zachowywać. Przekonanie o powinności innych, to inaczej oczekiwanie, a oczekiwanie to dla mnie przerzucanie odpowiedzialności.

Wiosna, Gapiszek, jutro, pojutrze będę się odnosił do Waszych komentarzy, za które wielkie dzięki:)

Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747

Droga Wiosno, miła odmiana rozmawiać z Wiosną w jesień:)

Bo ja ze sobą i swoimi potrzebami już dawno bym nie wytrzymała!

Potrzebami czy może raczej oczekiwaniami? Potrzeby są dla dającego szansą na obdarowywanie i zyskanie wdzięczności i nic (kłótnie, problemy) nie grozi za ich nie spełnienie... To przed czym tu uciekać?

Dzieci nie mam. Hmm, a dlaczegóż łatwiej pisać, jak się nie ma dzieci? Czy Twoja odpowiedzialność za poczęcie dzieci ( a zatem również za ich potrzeby) jest jakaś inna?

Nie tak łatwo się pracuje nad związkiem gdy są maluchy

Wiesz co, myślę, że dzieci to tylko jeden z przykładów wzięcia na siebie wieloletniego zobowiązania. To mogą być starzy rodzice, którymi się opiekujecie, to może być kredyt do końca życia na dom, to może być długie bezrobocie Twojego małżonka, choroba partnera, itp. A jeśli chcesz porównywać swoją sytuację do sytuacji innych par, to myślę, że warto by też wziąć pod uwagę te "ładujące baterie" sytuacje. Ktoś może nie mieć dzieci, ale za to może też nie mieć żadnego wsparcia ze strony przyjaciół, znajomych czy rodziny, bo wydarzyło się w jego życiu coś, czego nikt nie chce zaakceptować. Trudno się pracuje nad związkiem, gdy wszyscy się od Ciebie odwracają... I jeszcze dalej możemy pójść: możemy wziąć pod uwagę temperament - wrodzony czynnik warunkujący to, jak znosimy przeciążenia psychiczne. A zatem Kasia i Tomek nie mają dzieci, ale za to są wysokoreaktywni, to znaczy, że drobny impuls powoduje u nich głęboką i długotrwałą reakcję. Na przykład błąd popełniony przez Kasię w pracy, za który dostała ochrzan i o którym Ty byś za godzinę zapomniała, "przyniesiony" do domu przez Kasię sprawi, że nie będą spali przez dwa dni, przeżywając stres i poczucie zagrożenia. Trudno się pracuje nad związkiem w takim stresie... W powyższych przykładach nie ma dzieci, a jednak moim zdaniem też może być ciężko i trudno, może czasami jeszcze trudniej niż Tobie...

Jakbym się postarał, mógłbym jeszcze wyszukać parę usprawiedliwień dotyczących tego, jak kto radzi sobie z problemami w związku,ale... dla mnie wniosek z powyższych jest taki, że jakbym chciał pomyśleć sobie, że nie tak łatwo się pracuje nad związkiem w mojej sytuacji, to znalazłbym na pewno jakiś argument na potwierdzenie tego przekonania... 

Pytanie, jakie masz korzyści z przekonania, że jest Ci trudno/trudniej pracować nad związkiem/małżeństwem z powodu dzieci?:) W sensie - w jaki sposób to przekonanie ułatwia Ci życie?

To może będzie temat na jakiś artykuł dla par, które przy rodzicielstwie, które w całej swej cudowności może być też gwoździem do trumny, dla wcześniej fajnych związków

Myślę, że to nie jest kwestia zewnętrznej sytuacji, tylko kwestia tego, w jakim stopniu potraficie rozmawiać o swoich potrzebach, w jakim stopniu przerzucacie odpowiedzialność, czyli przyjmujecie postawę roszczeniową i  jeszcze wielu innych kompetencji, postaw i cech, które powodują, że w tej samej sytuacji, dwoje różnych ludzi może przeżywać skrajnie różne emocje. 

  • jak podzielić obowiązki, jak je egzekwować, czy powinno się to robić i jak podzielić się odpowiedzialnością.
  • Czy przy dzieciach to nadal praca każdego z nas nad sobą samym, czy już jakaś tzw. zbiorowa odpowiedzialność?
  • dlaczego jedna osoba ma brać więcej odpowiedzialności po porodzie?

 

Chyba rozumiem sens Twoich słów. Ale myślę, że nie sposób podzielić się odpowiedzialnością. Myślę, że każdy ma swoją odpowiedzialność i branie odpowiedzialności polega na nieoglądaniu się na to, czy inni biorą swoją odpowiedzialność czy nie. Wyobraź sobie: matka samotnie wychowująca dziecko oddaje je w wieku 3 lat do sierocińca, gdy spotykają się po 20 latach, matka mówi do syna: "wybacz, że cię oddałam, ale ojciec zmył się z domu po roku, a ja w końcu sobie pomyślałam: skoro on nie wziął odpowiedzialności za ciebie, to dlaczego ja mam brać? Płodząc cię zakładałam, że będziemy dzielić się odpowiedzialnością za wychowywanie ciebie." Przykład skrajny,  nie bierz go do siebie, po prostu na skrajnych najlepiej się obrazuje.

Ale kiedy jest rodzina to czy tych potrzeb nie powinno się jednak spełniać w jakimś równym stopniu,

A jaki to jest równy stopień? Ty gary, ja podłogę? Zaraz się zacznie kłótnia w związku, czego kto więcej zrobił... Bo on przy samochodzie wczoraj robił, czego ona nie widzi... itp. Myślę, że z dzieleniem obowiązków to kwestia płynna - matematyczny podział nie ma sensu, bo każdy ma inną odporność, motywację, umiejętności, więc czasami udaje mi się dostrzec, że moja żona jest zmęczona, a ja nie, wtedy ją odciążam, bez względu na to, że ja dzisiaj zasuwałem na szmacie cały dzień, a ona tylko spała. A czasami popełniamy błędy w komunikacji, łapiemy się na przerzucaniu odpowiedzialności, proces zmiany trwa, więc czasami cierpliwości brakuje. Ale temu wszystkiemu towarzyszy przekonanie, że to, czego doświadczam, zależy ode mnie. Więc jak mi coś nie odpowiada, to w przypływie mądrości zastanawiam się, co zmienić w sobie.

Przy braku czasu nie zawsze jest łatwo nad sobą zapanować i nie zawsze jest czas na rozmowę.

To bardzo popularne przekonanie, też się na nim jeszcze łapię, ale wykorzeniam:) Fantastycznie zwalnia z odpowiedzialności za decyzje, jakie podejmujemy odnośnie tego, jak zużywamy nasz czas...  A tak naprawdę przecież stwierdzenie "nie mam czasu" = "ten czas, który mam, przeznaczę na coś ważniejszego dla mnie". W pierwszym stwierdzeniu akcentujemy - "to nie moja wina", w drugim: "to moja decyzja i moja kreacja"

bo przecież są dzieci, które może nie mają świadomości tych potrzeb, ale dla ich dobra te potrzeby trzeba zaspokoić (np. posprzątać, żeby nie żyło w brudzie, co np. może prowadzić do alergii itp.)

To myślę, że są przekonania - co trzeba dla dzieci zrobić. Jedni uważają, że trzeba żyć w czystości, bo a nuż alergia, a drudzy, że na odwrót, bo od sterylności alergia. Jak Twój mąż na przykład jest zwolennikiem drugiej teorii a Ty pierwszej, to uważasz, że powinien sprzątać wg Twojej definicji sprzątania?

Świadomy wybór z potrzeby posiadania dzieci, a co dalej? Wchodzimy w stereotyp myślenia o rodzinie i już.

Hej, nie wchodzimy, tylko weszłaś, chcesz wyjść? Możesz wyjść w każdym momencie - gdy tylko uświadomisz sobie, że to Ty sama w niego weszłaś, że to Ty masz kontrolę nad tym, co robisz, a inni jedynie mogą na Ciebie wpływać, ale nie mają takiej mocy, żeby spowodować, że zrobisz to, czego chcą. Pamiętasz?: Każdy z nas ma wolną wolę. Wykorzystaj ją! Twórz swoje życie takim, jakim chcesz by było. Nie oglądaj się na męża - zobaczy, że Ty się zmieniasz i rozkwitasz, to sam zapragnie ze sobą coś zrobić. Na siłę go nie wyciągniesz ze stereotypu, w którym póki co, jest mu najwidoczniej wygodnie.

Trzymaj się ciepło!

Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747

 

Gapiszku,

Z tego, co piszesz, wnioskuję, że myślisz, że ja utożsamiam odpowiedzialność z samodzielną realizacją swoich potrzeb, a przecież podaję wielokrotnie przykłady potwierdzające dokładnie to, co piszesz, czyli, że są potrzeby, których nie chcemy samodzielnie realizować i potrzebujemy drugiej osoby do tego i wtedy stawiamy granice, szukamy kompromisów lub "kontraktów", czyli - ja Ci dam to, czego potrzebujesz, chociaż ja tego nie potrzebuję, a ty mi daj to, czego ja potrzebuję, chociaż ty tego nie potrzebujesz. Sposobów na znalezienie wspólnej płaszczyzny może być wiele - tego model odpowiedzialności nie ogranicza. Jeszcze raz: cały sens tego modelu leży w podejściu - Twojej postawie do siebie i innych ludzi. A to, kto zrealizuje Twoją potrzebę, to już jest wtórna sprawa. Wróć do artykułu, do miejsca, w którym piszę o zamianie płaszczyzny - z oczekiwań i rozczarowań na płaszczyznę prośby i radości z jej ewentualnego spełnienia. Czyli masz korzyści na płaszczyźnie emocjonalnej. Poza tym efektem brania odpowiedzialności jest większe poczucie kontroli a zatem większa sprawczość, wyższy poziom inicjatywy i zaangażowania - czyli w skrócie proaktywność. A to są korzyści na płaszczyźnie behawioralnej. Dlatego właśnie ludzie proaktywni więcej i efektywniej są w stanie zdziałać w swoim życiu.

Czy ten przykład z matką dzielącą się odpowiedzialnością i opowiadającą o tym synowi po 20 latach odpowiada na Twoje wątpliwości odnośnie dzielenia się odpowiedzialnością w temacie dzieci?

Stosując model z artykułu, musiałabym się rozstać z moim mężem. A tego nie chcę - kocham jego i moje dzieci.

A gdzie tam! Sama tu napisałaś, czego chcesz, czego potrzebujesz. Silniejszą potrzebą dla Ciebie jest bycie w rodzinie, więc przesuwasz granicę tolerancji frustracji innych potrzeb związanych z byciem w związku.

Rzeczywiście w treści samego artykułu są przykłady samodzielnej realizacji potrzeb, pomyślę nad dołożeniem tam przykładów dotyczących stawiania i przesuwania granic, dzięki;)

Zobacz profil Użytkownika
Anna (Gość)
Bardzo dziękuję za odpowiedzi i będę wdzięczna za technikę ZFUKO-PZR.:) Przykład ze mną leżącą i zwijajacą się z bólu, to niestety nie jest dla mnie banalny przykład, to jeden z wielu, dla mnie był najbardziej przykry, bo też mi się wydaje, że nie wynika z różnic damsko-męskich, ja znam mężczyzn działających odwrotnie, tzn. reagujących i troskiliwych. Oczywiście rozmawiałam o tym nie tylko o tym, stąd moje wnoski. Pytałam dlaczego nie reaguje, kiedy płaczę i dowiedziałam się, że ja chcę wymusić. Pytałam, czy inni ludzi płaczą tylko dlatego, że chcą wymusić, dowiedziałam się, że nie. Powiedziałam dlaczego ja płaczę, podałam przykłady, ale nastawienie do mnie bez zmian, bo wie, że ja wymuszam.:( Wydaje mi się, że mówię mu nie tylko o swoich oczekiwaniach, o potrzebach też, ale chyba jestem w miarę otwarta na ich zaspokajanie. Tzn. mówię, że chcę się czuć kochana (ale on to wyśmiał, więc sprecyzowałam), tzn. ważne jest dla mnie, że jestem dla niego ważna, interesuje się mną, jest mnie ciekawy, szanuje mnie itp. Efekty zerowe. Podczas rozmów mój partner główne chce wykazać i mówi, że jestem niekonsekwentna, że to o czym mówię jest sprzeczne. Uwielbia doprowadzać do absurdu to o czym powiedziałam. Jest przy tym spokojny i prześmiewczy, a mnie się zdarza wpadać w gniew + niecenzuralne słowa, najczęściej z bezsilności. Oczywiście, kiedy podnoszę głos, to on już ze mną nie rozmawia. Wg. niego nasz kryzys w związku jest moją winą, mam czego chciałam. Kiedy chcę z nim o czymś porozmawiać dowiaduję się, że ja przecież powiedziałam "..." - cytaty pochodzą sprzed kilku lat, więc mam czego chciałam. Potrafi też zastosować metodę zdartej płyty, ale w okrojonej wersji, tzn. powtarzanie jak mantry jakiegoś zdania bez pokazania, że mnie słucha, a pokazuje odwrotnie, że mnie nie słucha (tak jakby zatkal uszy, co nawet czasem robił) i powtarza mantrę. Dla mnie to było kiedyś mega frustrujące, teraz bywa, ale czsem mniej, bo zdaję sobie sprawę z mechanizmu. Kiedy zaczynam rozmowę też często słyszę, że się czepiam. Szokiem dla mnie kiedyś było to , że po pewnej rozmowie dowiedziałam się, że go atakowałam. A dla mnie ta rozmowa wreszcie była rozmową i wydawała mi się konstruktywna tzn. spokojna, merytoryczna, ja wysłuchiwałam i odnosiłam się do tego, co usłyszałam, miałam wrażenie, że jestem słuchana i były jakieś wnioski z tej rozmowy, więc zatkało mnie... Mam wrażenie, że każdą rozmowę ze mną odbiera jako atak na siebie, on nie inicjuje rozmów dot. czegokolwiek spornego i z resztą niewiele rozmów inicjuje, prawie wcale... I mój partner ma wobec mnie konkretne oczekiwania i ja wg niego powinnam je dokładnie spełniać, ma swoje standardy. Moje zdecydowanie różnią się od jego standardów i pokazuję mu, że przekraczam swoje dla niego, ale w związku z tym, że nie robię dokładnie jak on chce, to on uważa, że to się nie liczy. Ja nie chcę robić dokładnie jak on chce, bo to nie jest mój standard, ale wychodzę poza swój, dla mnie w znaczący sposób, ale niestety wszysko albo nic, dla niego się to nie liczy, on tego nie widzi, mówi mi o tym, kiedy próbuję rozmawiać... Oczywiście ja nie umiem się porozumieć z nim, często czuję się sfrustrowana, zapędzona w kozi róg, czasem łapię dystans i widzę absurdalność zarzutów, ale to i tak nie zmienia mojej sytuacji. Oczywiście ja też jestem też jestem odpowidzialna za sytuację, w której jesteśmy, razem do tego doszliśmy. Czuję się winna, kiedy puszczają mi nerwy, często nie potrafię spokojnie porozmawiać, pewnie empatia, taka w ujęciu NVC by mi się przydała, ale jest mi trudno. Czasem coś mi się udaje, ale i tak nie ma efektów, więc pewnie i moje próby jednak marne. A w przypadku przepychanek dot. obowiązków związanych z wychowaniem dzieci, jak się od niego dowiedziałam, dzieci używał, żeby ze mną wygrać, bo przegrywał na innym polu (tym z moim innym standardem), więc nie było mowy o podzieleniu się wieczorną opieką nad dziećmi, bo mnie bardziej zależało, więc mógł w ten sposób zrekompensować sobie "straty na innym polu". Nadal tak podchodzi... Bardzo będę wdzięczna za ZFUKO-PZR. Teoretycznie wiem, że jedynie mogę zmienić siebie i swoje nastawienie, ale w praktyce próbuję na nim wymusić zmiany, nie zawsze, ale też, więc to moja odpowiedzialność. Na pewno z pełną odpowiedzialnością za moje potrzeby byłoby mi łatwiej, ale włącza mi się taki bunt - "jak to przecież związaliśmy się i powinniśmy się kochać". On z resztą mówi mi, obecnie, że mnie "kocha" (ale wcześniej było różnie), ale gdy pytam w jaki sposób mnie kocha, to się dowiaduję, że nie pije, nie bije i wraca do domu. Faktycznie niestety tylko tyle, a wracał często późno, bo uciekał ode mnie w pracę(też wiem od niego)... Kurczę piszę o tym wszyskim i się zastanawiam: Co ja tu jeszcze robię, co mnie jeszcze trzyma w tym związku? Kilka powodów, uczucia też, ale jestem coraz bardziej sfrustrowana, mam też poczucie swojego wkładu, ja też do tego doprowadziłam, więc powinnam się postarać, żeby to zmienić.
Zobacz profil Użytkownika
Offline
Ekspert
Coach, Psycholog, Trener
Dołączył: 2010-04-07
Plusy: 1747

Aniu, tak sobie myślę, że Twój partner może być osobą skoncentrowaną analitycznie, tzn. będzie analizował to, co mówisz i wyciągał racjonalne wnioski, koncentrując się na poziomie zawartości komunikatu. Teraz pytanie do Ciebie - (jeśli tak jest rzeczywiście) czy chcesz doprowadzić swoje umiejętności komunikacji do takiego poziomu, na którym nie będziesz miała już opisywanego problemu w związku, ponieważ partner nie zagnie Cię żadnymi absurdami i  będziesz umieć kontrolować rozmowę? To jest możliwe, choć wydaje nam się czasami, że komunikować umie się każdy, jest to komunikacja i budowanie/naprawianie relacji są jednymi z najgłębszych i najtrudniejszych dziedzin psychologii moim zdaniem. Ja oczywiście w najbliższym czasie napiszę o Z FUKO-PZR, natomiast sama wiedza to tylko część i etapu i procesu zdobywania kompetencji. Różne techniki, np Z FUKO-PZR, są tworzone pod "średnią sytuacji" do których mają zastosowanie, a każdy przypadek jest trochę inny.  Po jednym ze szkoleń, na którym przerabiałem z uczestnikami tę technikę, parę osób do mnie wróciło mówiąc, że technika nie działa. Gdy dopytałem o szczegóły, okazywało się, że popełniali różne błędy, które trudne mi było przewidzieć i ustrzec przed nimi. Trzy powyższe zdania piszę, abyś nie nastawiła się, że poznanie tej techniki załatwi sprawę. To będzie początek procesu nauki. Zastanów się, czy masz cierpliwość i czas, żeby zrobić to korespondencyjnie przez bloga, jeśli podejmiesz decyzję, że tak, ja z przyjemnością Ci pomogę.  Będę wtedy potrzebował od Ciebie konkretnych cytatów i opisów Waszych rozmów, kłótni małżeńskich - diabeł tkwi w szczegółach, inaczej odnoszę się tylko do Twoich interpretacji słów partnera, a to jest zupełnie inny temat. Jeśli podejmiesz decyzję, że chcesz szybszych efektów i jesteś gotowa  zainwestować pieniądze we własny rozwój - taki, który rozwiąże jednocześnie problemy, kryzys, o którym piszesz, daj znać, mogę polecić Ci wtedy narzędzia rozwojowe i/lub ludzi konkretnych.

Co do empatii w ujęciu NVC - moim zdaniem to będzie uczenie się, jak pozamiatać zbitą szklankę tak, żeby się nie pokaleczyć. Ja bym sugerował Ci poświęcenie energii na nauczenie się, jak obchodzić się ze szklanką, żeby nosić ją całą i "zdrową". Wtedy nie będzie trzeba uczyć się radzenia sobie ze zbitymi szklankami. Poza tym - trudno o empatię będąc na kogoś wściekłym i mając z tym kimś kryzys i problemy w małżeństwie. Jak na moje oko - bliżej Ci do empatii niż dalej. Szukasz w sobie winy? Uwierzyłaś partnerowi, że to Twoja wina? Chcesz rozpatrywać te sytuacje na płaszczyźnie winy? Dobra/zła? W jakim celu? Jakie będziesz miała z tego korzyści? Spójrz na to z tej strony - jeszcze nie wypracowaliście sobie efektywnej strategii komunikacji pomiędzy sobą. Chcesz ją wypracować? To poświęć energię na to, co możesz zrobić, zamiast na to, czego jeszcze nie zrobiłaś;)

Co do prób i nie wychodzenia - to jest etap procesu uczenia się. Pytanie raczej, co możesz zrobić, żeby jak najefektywniej przechodzić przez etapy procesu uczenia się nowych umiejętności?

Aniu, póki masz w sobie jeszcze wiarę, energię, walcz o związek/małżeństwo. Myślę, że każdy z nas ma wiele w sobie do udoskonalenia. Możesz zdobyć jeszcze wiele nowych umiejętności, z którymi będzie Ci o wiele łatwiej być w związku/małżeństwie, więc możesz wybrać lepszą jakość dla Waszego bycia razem. Chcesz tego?

Trzymaj się ciepło:)

Zobacz profil Użytkownika
Anna (Gość)
Zdaję sobie sprawę, że takiego kryzysu nie pokonam tylko korespondencyjnie, więc chodzimy też na terapię. I okazuje się, że partner z góry zakłada jakieś moje intencje, złe niestety, a prawda jest inna, kompletnie mnie nie rozumie i zdarza się, że po prostu nie słucha, ale nie ze złośliwości, tylko dlatego, że postrzega mnie w określony sposób i z góry "wie" jak się zachowam, bo ja kiedyś coś zrobiłam, powiedziałam itp. Taki obraz jaki mnie ma i to co "wie" na temat moich przyszłych zachowań - tłumaczy jego zachowanie, tylko, że ta "wiedza na przyszłość" jest nieprawdziwa. Jest sporo różnic między nami. Ja mam ochotę pójść w stronę uzupełniania się w ramach tych różnic, ale póki co nie udaje mi się to. Boję się też, że terapia nie odniesie skutku. Uważam, że nie ma sensu "boksować się" na absurdy i nie chcę, żeby tak wygladało moje życie. Chciałabym zostać usłyszana i zrozumiana. Wiem, że mam wpływ na siebie, a ponoszą mnie często w rozmowie emocje, więc tu mam spore pole do popisu. Staram się też wzmocnić samoocenę, bo to też bardzo by mi pomogło i chwilami, kiedy łapię lepszą - pomaga. Zdaję sobie sprawę, że może się okazać, że partner jest totalnie zamknięty i nie wiadomo, kiedy się ewentualnie otworzy. Nie mam też pewności, że nawet, jeżeli się otworzy percepcyjnie-komunikacyujnie, to jeszcze będzie mnie kochał. W tej chwili nic na to nie wskazuje, oprócz tego, żxe wraca do domu... A prawdopodobnie ze mną jest, bo ten typ tak ma - to była opinia, przynajmniej tak ją zrozumiałam - jednego z teraputów, więc to ja jestem osobą, która ewentualnie nie wytrzyma i odejdzie. A jest mi chwilami bardzo ciężko.
Zobacz profil Użytkownika
jaka ja (Gość)

nie zawsze się da... a najgorsze jest jak kochający się do niedawna ludzie nagle zaczynają sobie wyłuszczac kto ile komu jest winien... :( (cos jak tu: http://www.eporady24.pl/pozew_o_zwrot_pieniedzy_po_rozpadzie_nieformalne... ) przecież to trzeba być bez godności... :(

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
© copyright 4GROW 2010
Kontakt                            Regulamin i Polityka Prywatności
Design: LUK | Powered by YASNE